Kto jest winny pożarom w Australii?

Kto jest winny pożarom w Australii?

Dym znad Australii przestał przysłaniać pierwsze strony gazet, a filmy z uratowanymi misiami koala, zadziałały na nasze poddane długiej ekspozycji gorących newsów serca, jak panthenol.

Czy możemy więc przestać martwić się o hektary lasów, kangury i klimat, by wrócić do codziennych spraw, zakupów i pracy? Możemy, ale nie do końca powinniśmy. Choćby dlatego, że Australia pokazuje najlepiej (choć nie dla niej samej), co nas czeka.

To, co tam się dzieje można nazwać słynnym „przykładem książkowym”, w tym przypadku nie tylko skutków antropogenicznych zmian klimatycznych, ale i nieadekwatnej, bo polaryzującej i niepełnej, oceny ich przyczyn. Ale zacznijmy od początku.

Dlaczego Australia się w ogóle pali?

Dlatego, że leży w miejscu, gdzie ogień z natury rzeczy się pojawia. Co więcej, służy tamtejszej bioróżnorodności, a jego stałe, cykliczne występowanie umożliwiło rozwój wielu rzadkich gatunków roślin i zwierząt ogniozależnych.

W wielu artykułach, jakie czytałam, za głównego winowajcę występujących tam pożarów podaje się Dipol Oceanu Indyjskiego. W żadnym z tych tekstów nie znalazłam jednak wytłumaczenia, czym ten dipol dokładnie jest. Jeśli mieliście podobnie, to oto, co udało mi się ustalić:

Dipol Oceanu Indyjskiego, zwany pieszczotliwie Indyjskim El Niño, to zjawisko różnicy temperatur powierzchni oceanu w jego przeciwległych regionach – wschodnim i zachodnim. W tym roku miała miejsce tzw. pozytywna faza dipola, co oznacza, że w zachodniej części oceanu temperatura była znacznie wyższa niż we wschodniej. Skutek jaki jest, każdy widzi – tam, gdzie temperatura powierzchni jest niższa i woda nie paruje, występuje odpowiednio mniej opadów. Dotykająca kontynent susza i wysoka temperatura wzmaga zapalne zjawiska atmosferyczne, między innymi wyładowania elektryczne, którym nie towarzyszy deszcz.

To, że pożary są stałym elementem australijskiego krajobrazu, a co więcej w historii zdarzało się, że ogień obejmował znacznie większe obszary niż w tym roku, niektórych uspokaja. Niepotrzebnie.

Między innymi dlatego, że statystyki są mylące, bo nie obejmują kontekstu występowania tych zjawisk. Jak napisał w swoim artykule dla The Sydney Morning Herald były dowódca straży pożarnej w Południowej Walii, Greg Mullins:

“Jeśli ktoś Ci mówi ‘to część normalnego cyklu’ lub ‘takie pożary występowały w przeszłości’, uśmiechnij się pobłażliwie i odejdź, bo nie ma pojęcia o czym mówi.”

To zaś, że tym razem jest inaczej wynika z tego, że klimat nam się, delikatnie mówiąc, zmienia.

Co o tym świadczy?

Wszystko. Począwszy od tego, że tegoroczna pozytywna faza dipola była jednym z najsilniejszych, odnotowanych dotychczas wydarzeń dipolowych na Oceanie Indyjskim, a rok 2019 był najgorętszym rokiem w Australii od początku prowadzenia pomiarów. Podczas gdy wcześniej pożary pojawiały się latem, a więc na przełomie stycznia i lutego, w tym roku Australia zaczęła płonąć już w drugiej połowie sierpnia. Pożary objęły swoim zasięgiem wszystkie sześć stanów kraju, a liczba pojedynczych ognisk, intensywność i prędkość z jaką ogień się rozprzestrzeniał miały niespotykaną skalę. Ponad to w tym roku, poza suchymi obszarami buszu, ogień zajął lasy deszczowe.

Wszystkie wymienione wyżej zjawiska to nie nagłe zrządzenie losu, a skutki procesów sukcesywnie postępujących od lat. Od lat, w których australijczycy nie zarejestrowali faktu, że dziewięć z dziesięciu najgorętszych lat w historii ich kraju wystąpiło po roku 2005, a od co najmniej 3 lat, kontynent zmagał się z rekordowymi suszami, zaś liczba dni gorących (ponad 35°C) i bardzo gorących (ponad 40°C) w ciągu roku sukcesywnie wzrasta od ponad sześciu dekad.

Źródło: Australia’s changing climate. Commonwealth Scientific and Industrial Research Organisation

Kto wzniecił pożar? Czyli misie koala a przemysł mięsny.

W wielu komentarzach, na temat tegorocznych wydarzeń, spotkałam się z próbami wskazania kto za tym wszystkim stoi. W końcu, skoro jako ludzie mamy wpływ na klimat i dzieje się źle, a my jesteśmy dobrzy, to „jakichś złych” trzeba za to wszystko pod moralnym trybunałem sprawiedliwości postawić.

I oto okazuje się, że winnych mamy niejako na talerzu. Mięsożercy, bo o „nich” mowa, nie tylko są w przeciwieństwie do „nas” (nie-mięsożerców), za to co dzieje się w Australii odpowiedzialni, ale nie powinni mieć też prawa do troski o losy tysięcy ludzi, innych zwierząt i całego australijskiego ekosystemu.

Ma to po pierwsze wynikać z wpływu przemysłu mięsnego na emisję gazów cieplarnianych. Drugim elementem krytyki jest zarzucana osobom spożywającym mięso hipokryzja, ponieważ są w stanie martwić się o płonące zwierzęta, podczas gdy takim samym isototm fundują na co dzień podobny los.

Jakkolwiek globalnie przemysł mięsny to istotny gracz jeśli chodzi o wpływ na ocieplenie klimatu, to uważam że argument z winy jego beneficjentów jest co najwyżej słaby, a w moim przekonaniu zupełnie nietrafny.

Po pierwsze dlatego, że przemysł mięsny nie samym mięsem żyje. Niewiele się zmienia, kiedy rezygnując z mięsa, pozostajemy przy spożywaniu nabiału, jeśli chodzi o skutki środowiskowe naszej diety. Czy zwierzęta hoduje się w celu pozyskania mleka, jajek czy mięsa, wszystkie paktyki związane z uprawą paszy, przetwarzaniem i transportem produktów pozostają w mocy.

Jeśli dodatkowo zakładamy, że jednostkowe decyzje konsumenckie takie jak kupowanie mięsa i nabiału wpływają na rynek, to wątpliwe wydaje się również kupowanie wegańskich produktów marek, które w swojej ofercie mają także produkty odzwierzęce. Jakkolwiek koncerny te, chcąc utrzymać rynkową pozycję, zauważają zmianę i próbują na nią odpowiedzieć, to nadal ich główny dochód pochodzi z przemysłu mięsnego lub mleczarskiego, a nasze pieniądze lądują w kieszeniach ludzi, którzy za tym przemysłem stoją.

Jeśli przyjmiemy, że powyższe działania występują przeciwko środowisku, dotując obciążający je przemysł mięsny i mleczarki, ilu z oskarżycieli tzw. „mięsożerców” pozostałoby w grze? Przypuszczam, że pula by się istotnie zmniejszyła. Można wymieniać dalej – podróże samolotem, nadmierne spożycie egzotycznych olejów, itd. Trochę jak gra w znikające krzesła.

Jeśli chodzi o drugi zarzut wobec „mięsożerców” czyli pojawiający się często w dyskusjach argument z hipokryzji w duchu “zwierząt hodowlanych wam nie szkoda a misiów tak”, sytuacja wygląda podobnie. Jeśli podajemy się za tych, którym szkoda ich tak samo, to zarzut ten brzmi poważnie tylko w ustach wegan, którzy poza dietą, dbają o niewyrządzanie krzywdy innym zwierzętom we wszystkich swoich życiowych wyborach (o ile wybór jest możliwy).

Zarzut z hipokryzji dodatkowo pozostaje w mocy, jeżeli za wartość uznajemy jednostkowe życie każdej czującej istoty. Wtedy czy życie straci miś, krowa czy ryba, będzie to tak samo złe. Jeśli zaś za wartość uznajemy bioróżnorodność i istnienie konkretnych, istotnych ze względu na swoje funkcje środowiskowe dziko żyjących gatunków, argument przestaje być użyteczny. Motywacje stojące za ochroną środowiska niejednokrotnie nie idą w parze z motywcjami ochrony jednostkowego życia każdej pozaludzkiej istoty.

Jeśli więc słyszymy, że misie koala mogą wyginąć jako istotny i unikalny gatunek australijskiej biosfery, możemy się o to martwić nad kotletem. Nie mówię, że to dobrze albo źle. Mówię, że nie nie ma w tym sprzeczności.

Australia jest miejscem, w którym żyje 300 gatunków samych kręgowców. Już w połowie stycznia tego roku padła informacja o tym, że w pożarach śmierć poniosło miliard zwierząt. To oczywiście szacunkowe obliczenia, ale wykonane na tyle restrykcyjnie, że wynik może być tylko wyższy.

W ciągu ostatnich lat na kontynencie australijskim wyginęło 34 gatunków endemicznych ssaków, co czyni Australię krajem o największym współczynniku wymierania ssaków na świecie.

To strata nieodżałowana i nie chodzi o dzielenie istot na lepsze i gorsze, bardziej zasługujące na istnienie lub mniej. Chodzi o to, że tracimy bezpowrotnie coś, dzięki czemu nasz świat wyglądał do tej pory tak jak wyglądał, a co za tym idzie dawał nam i innym gatunkom, bezpieczne warunki do życia.

fot. Jimboomba Police

Kolektywna odpowiedzialność i troska

Moim celem nie jest tutaj udowodnienie, że nie ma sensu się starać czy wprowadzać małych zmian, bo ostatecznie tylko weganie zero waste, korzystający z prądu jedynie w sytuacjach najwyższej konieczności, mają na cokolwiek jakiś wpływ. Wręcz przeciwnie.

Chcę powiedzieć, że wszyscy jesteśmy umoczeni, a problemu nie da się sprowadzić do banalnych rozróżnień na kolejne „my” i „oni”. Tylko czując kolektywną odpowiedzialność, możemy troszczyć się o to, co nas wszystkich dotyczy.

Przykład Australii jest tutaj o tyle znamienny, że jak mało które wysoko rozwinięte państwo, w tak dużym stopniu zależy od rozedrganego klimatu. Jednocześnie, jak mało które z tych państw, nie ma spójnej strategii ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, a co więcej, sama znajduje się w czołówce światowych producentów CO2. W strategii australijskiego rządu za to na próżno szukać planów wdrażania energii odnawialnej czy odpowiedzialnej polityki klimatycznej. W rankingu Climate Change Performance Index z 2019 roku wyspa kangurów zajmuje miejsce m.in. za Chinami.

W tej sytuacji nie dziwi, że premier Australii, Scott Morrison, nie miał przekonania, że tegoroczne wydarzenia mają jakikolwiek związek z wpływem działalności człowieka na klimat. Mimo to, tak samo jak z winą “mięsożerców”, mam problem z przypisaniem intencjonalnej złej woli wyborcom, którzy na niego zagłosowali.

Założenie, że wszyscy ludzie, którzy nie postępują tak dobrze jak “my” w sprawach ochrony przyrody, kierują się (złym) zamiarem, nie uwzględnia wielu problemów społecznych, które nie znikają, nawet w obliczu kryzysu klimatycznego.

Zamiast więc brać udział w wyścigu o moralne puchary i stawać się lepszymi od innych, zwróćmy na nich uwagę. Problemy nie zaczynają się na talerzu indywidualnej osoby. Tam się często tylko manifestują.

Źródła:

2 komentarze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *